piątek, 24 lipca 2015

Zaskakujące rozmowy…



W ubiegłym tygodniu pojechaliśmy na weekend do mojej mamy. Zanim opiszę pewną sytuację chcę jeszcze powiedzieć, ze to naprawdę cudne uczucie wracać do domu rodzinnego, móc zobaczyć rodzinę i nasze kochane koty. Takie spotkania dają pozytywną energię na długo i pozwalają pamiętać, że wokół nas są najbliżsi i zawsze można liczyć na ich wsparcie.

A wracając do rozmowy, odbyła się ona przy stole w czasie sobotniego obiadu.
W rolach głównych wystąpił mój pięcioletni siostrzeniec Kuba i jego ciocia, czyli ja.


Kuba: Ciociu, a gdzie kupuje się koty???

Ja: Kochanie, kotów nie trzeba kupować, jest takie miejsce, które nazywa się schroniskiem i tam mieszkają kotki, które nie mają swoich ludzi. Można tam iść i zrobić prezent takiemu kotkowi i zabrać go do domku. Takie kotki bardzo się cieszą tym, że mają swoich ludzi i swoje miejsce obok nich.

Kuba: (z prawdziwym dziecięcym zdziwieniem) Naprawę? Są kotki, które nie mają swoich domków?

Ja: Tak, są takie kotki.

Kuba: (z pełnym dziecięcym uśmiechem i miną małego odkrywcy) Oooo! Ciociu to możesz iść do tego miejsca i dać domek nowym kotkom, bo Cleo i Tolek mają już nowy domek. Ja je bardzo kocham i daję im swój domek.

Ja: … (cóż, nie odpowiedziałam nic, ponieważ nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, dzieci potrafią zaskoczyć)…



I do dziś nie wiem, co odpowiedzieć. Może jak już koty będą mogły mieszkać z nami to zabiorę Kubę do schroniska? A może znajdzie się jakiś kotek, który wybierze Jego domek?


Nie wiem, może macie jakiś pomysł jak postąpić w tej sytuacji? 




wtorek, 14 lipca 2015

Wybrałam czy zostałam wybrana?


Dziś zupełnie inny temat rozważań. O żywych istotach w kocich futerkach, czyli o moich kotach. Tytuł może i trochę prowokujący ale jest o tym jak znalazły się w naszym domu i naszych sercach :) 

Dziękuję Tobie Pantero za to, że ostatnim komentarzem zmotywowałaś mnie do napisania tej historii, trochę odkładanej w czasie. 



Historia Cleo

Wrzesień 2009 roku zapadła decyzja, że czas już poszukać własnego kota, w właściwie kotkę. Tak wiedziałam, że to będzie kotka i bardzo chciałam, aby była szara i urosła na dużą kocicę z zielonymi oczami i … zastąpiła moją przyjaciółkę z dziecięcych lat Szarusię. 
Tak sobie właśnie wymyśliłam i nawet znalazłam Panią z małymi kotkami, która chciała je oddać w tzw. dobre ręce i miała właśnie taką kotkę. 

Zaopatrzyłam się w kuwetę, żwirki, jedzenie i kartonik z dziurami, który miał tymczasowo posłużyć za transporter. Pojechałam z radością i podnieceniem w sercu na spotkanie z przyszłą szarą przyjaciółką.  Ale … szara kotka nawet nie spojrzała na mnie… 

Zupełnie nie byłą zainteresowana moją osobą, tak jakbym dla niej nie istniała, jakbym była powietrzem…
Cóż, marzenie o drugiej Szarusi szybko prysło! I to tak szybko jak tylko mogły biegać wokół moich stóp małe, czarne cztery łapki. A na tych czterech łapkach malutka, czarna, młodziuśka koteczka, która była wyraźnie szczęśliwa, że mnie widzi. Spojrzałam w jej zielone oczy i pokochałam tą istotkę. Oczywiście do domu pojechała ze mną mała-czarna i do tego tego bardzo drobniutka kotka. 
I tak Cleo wybrała sobie nowe miejsce do życia i nowych „swoich” ludzi. Tak, to ona wybrała a ja zaakceptowałam jej wybór i cieszę się na co dzień jej obecnością.




Historia Tolka

Rok później zdecydowałam, że czas już na drugiego kota. Spytasz, dlaczego? Uważasz, że koty to urodzeni samotnicy uwielbiający w samotności w blokowych ścianach? Niestety ale tak nie jest, koty wbrew powszechnie panującej opinii  lubią zabawy i potrzebują towarzystwa. 
No tak, decyzja o drugim kocie zapadła, ale ile problemów z wymyśleniem, jaka płeć, czy będzie lepiej jak dokocimy samca czy samicę, jaki kolor? Może biały, może rudy a może szylkretowa księżniczka? I oczywiście czy z „przekocionego” domu czy schronisko?

I tak sobie chodziłam z tymi pytaniami rodzącymi się w mojej głowie aż…

Wracałam tego październikowego poranka ze szpitala. Moja siostra urodziła tej nocy synka a ja byłam u niej w odwiedzinach i zobaczyć mały Cud Życia. 
Zaparkowałam swoje auto blisko bloku i … usłyszałam z krzaków pisk…, jakby małe zwierzątko. Oczywiście poszłam „w krzaki” aby zobaczyć co wydaje takie smutne dźwięki i co zobaczyłam? Malutki kociak, szarak, z połową sierści, z wielkimi żółtymi oczami wlepionymi  we mnie. I jak myślicie, co mogło być dalej? Oczywiście zabrałam to maleństwo do siebie, miałam już transporter, więc został tam „załadowany” i zawieziony do veta. badanie, diagnoza, zastrzyki, lekarstwa i … szybo doszedł do siebie, taki mały zwierzęcy Cud Życia. 

Już po odrośnięciu sierści okazało się, że Tolek jest najczarniejszym kotem jakiegokolwiek widziałam. A szarość wynikała i trochę z kurzu i dużo z braku sierści. 
Mój kot z ulicy – jak go czasem nazywam - charakter ma przecudny, jest przywiązany do nas jak pies, tuli się i łasi również bardziej piesko niż kocio. I tak samo jak Cleo obdarzył nas bezgraniczną miłością i zaufaniem :)

Właśnie, wybieramy czy jesteśmy wybierani?

Jestem ciekawa Waszych historii i opinii…





Listopad 2010

Bardzo lubię to zdjęcie, choć jest już bardzo archiwalne. A zachowało się ponieważ było robione telefonem.  

Cleo wygląda tu na dużą kotkę, w rzeczywistości jej waga nie przekracza 2,5 kilogramów – ma bardzo drobną i delikatną budowę. Tolek w tej chwili jest dwa razy większy od niej, jego waga to 6 kilo - mój "mały" kotek :) 




niedziela, 5 lipca 2015

Jak to jest stracić wszystko?


Czasem ktoś zadaje mi jeszcze to pytanie.
Moja odpowiedź zaskakuje pytającego, odpowiadam z wewnętrznym spokojem:
nie wiem, nie straciłam wszystkiego. 

Tego jestem bardziej niż pewna, nie straciliśmy wszystkiego, straciliśmy tylko rzeczy materialne. 
Ten rok jest dla nas trudnym okresem, choroby bliskich, szpital, operacja, a miesiąc po "naszym" pożarze odejście do wieczności bliskiego członka rodziny. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, nagle....

Przyznaję, że i ja i mój mąż przeżyliśmy mocno wszystkie te zdarzenia. Przegadaliśmy je, przepłakaliśmy, byliśmy po prostu blisko siebie, wiedząc, że oboje potrzebujemy naszego wsparcia. To dziwne i jednocześnie pięknie jak uczucie miłości zmienia się na przestrzeni czasu. 
Z  fascynacji drugą osobą, najczęściej fizyczną, przechodzimy do "ostrego" zakochania, gdzie serce bije jak szalone na widok ukochanej, ukochanego. Potem przychodzi codzienność, często zamienia się w niepogodę, burzę i śnieżyce...

I jeśli dwoje ludzi przejdzie razem te nieprzyjazne wiatry i trudne drogi to bycie razem zmienia się na coś dużo bardziej głębokiego, coś co najprościej mogę nazwać zaufaniem, serdecznością, przyjaźnią, miłością.
I te uczucia, mam wrażenie, że urodziły się tak głęboko, że trudno byłoby je wyrwać. 

Dlatego odpowiadam, nie straciliśmy wszystkiego... 

Rozumiesz już dlaczego?