czwartek, 21 sierpnia 2014

Zielona apaszka

Dziś opowiadanie nadesłane przez czytelniczkę bloga i równocześnie osobę, która chce podzielić się swoją historią.

Kiedy skończyłam czytać list Ani rozbudziły się we mnie różne emocje. Złość, tak prawdziwa i prymitywna, złość na człowieka, który był gotowy wyrządzić krzywdę własnemu dziecku.  I współczucie, żal i niemoc w stosunku do dziecka, które nie może się samo obronić, jest zwyczajnie zbyt słabe. I krótko po tym przypomniałam sobie te wszystkie dzieciaki o których mówią w dziennikach telewizyjnych….

Aniu, poniżej Twój list, który cytuję w całości w nadziei, że pomoże to tobie wyrzucić to całe zalegające w Tobie błocko. Jestem pewna, że osoby, które przeczytają Twoją historię zostawią tu kilka słów dla Ciebie, tak abyś poczuła, że dzielisz się swoim kawałkiem z prawdziwymi ludźmi. I bardzo chciałabym abyś nabrała odwagi aby podzielić się swoim życiem z innymi osobami!  


„Nie wiem jak zacząć…. Tyle trudnych spraw, tyle żalu, złości, tyle we mnie jeszcze niechęci i nieżyczliwości. Spytasz dlaczego? A ja odpowiem, właściwym pytaniem jest, na kogo? Na mojego ojca, na mojego własnego, rodzonego ojca.  Nie dzielę się historiami z dzieciństwa z nikim, choć wiem, że byłoby mi łatwiej pogodzić się z przeszłością gdybym wyrzuciła z siebie te wszystkie zalegające we mnie jak błoto sprawy. Przeczytałam Loono Twojego posta, pod tytułem „Piszemy wspólnie książkę?” i pomyślałam, że mam taką jedną historię ze swojego życia, która łączy człowieka i zwierzę. Tylko, że to bardzo trudna historia… Trudna przede wszystkim dla mnie, bolesna i powodująca powrót do dzieciństwa, a ja tych powrotów nie lubię. Dlaczego? Z powodu mojego ojca, który był chory na ciężką, nieuleczalną i nawrotową chorobę – alkoholizm. Ta jego choroba była jeszcze połączona z ogromną agresją w stosunku do żony i do nas, córek. Przemoc fizyczna, cielesna połączona z przemocą psychiczną, pisząc to trudno mi opanować emocje…

Miałam wtedy 8 czy 9 lat, był wrzesień czyli początek szkoły, wczesne lata ’70, małe miasteczko w południowej Polsce. Mój ojciec nie wrócił tego dnia po pracy do domu. Robił tak zresztą dość często, jakieś 600 metrów od nas mieszkał jego kumpel od kieliszka.  Ojciec „wpadał” do niego dość często i chyba lubił jego towarzystwo, ponieważ jak już był u niego w "odwiedzinach” to wracał do domu późno. Zresztą co się dziwić mieli oboje bardzo podobne zainteresowania.

Nie wiem, dlaczego tamtego dnia poszłam po niego, nie umiem tego dziś wytłumaczyć. Może chciałam chwilkę pobawić się z córką tego człowieka, która była w moim wieku, a może naiwnie wierzyłam, że jak ojciec mnie zobaczy to zrobi mu się żal i przestanie dziś pić i wróci do domu… 
Naprawdę nie wiem. W końcu doczekałam się, skończył pić i zapragnął pójść do domu. A jak to dziecko, cieszyłam się, że tata idzie do domu i naiwnie myślałam, że może zainteresuje go to co chcę mu powiedzieć. I opowiadałam o szkole, o koleżankach, o tym gdzie były na wakacjach, opowiadałam wesoło i dużo.

… Mojemu ojcu chyba się to nie spodobało, ponieważ wymamrotał do mnie „gadasz dużo jak każda baba” i chwycił za moją zieloną apaszkę zawiązaną na szyi… dusił mnie, dusił i patrzył na mnie w taki sposób jakby mówił; zabiję cię, zabiję cię! 
I wtedy stał się cud! Jakaś para wyszła na spacer z psem i to właśnie ten pies wyrwał się tym ludziom i ruszył w naszą stronę, a właściwie w stronę mojego ojca. Ten pies go zaatakował, ratując w ten sposób moje życie! Boże, jak ja jestem mu wdzięczna! I tym ludziom, że wybrali na spacer tą właśnie porę i tą ulicę! To oni odprowadzili mnie do domu zostawiając mojego ojca na ulicy. Opowiedzieli mojej mamie co się stało. 

Chyba właśnie tego wieczoru mama podjęła ostateczną decyzję, niedługo potem złożyła pozew rozwodowy do sądu.

Temu pieskowi, który uratował wtedy moje życie jestem wielce wdzięczna a moją wdzięczność okazuję co dnia w całym dorosłym życiu, jego braciom i kuzynom. Kocham zwierzęta, szczególną sympatia darzę psy, wielką satysfakcję sprawia mi każdy przypadek, w którym mogę pomóc. Wybrałam zawód weterynarza.


Anna.”




czwartek, 14 sierpnia 2014

Miejsce urodzenia...

... czyli o tym jak zostałam prawdziwą kocia mamą. 


Dziś moja własna  historia, o przyjaźni i zaufaniu pomiędzy człowiekiem a kotem. Przyjaźni prawdziwej, która przezwycięża naturalny strach zwierzęcia do pokazania swojego dopiero co urodzonego potomstwa.

Jestem dzieckiem, które przeprowadzało się wraz ze swoimi rodzicami kilka razy. Kiedy miałam 7 lat moim rodzicom udało się osiąść na dłużej na peryferiach małego miasteczka.  Dom był w stanie fatalnym, potrzebował remontu, to samo dotyczyło ogrodu i szopki, która w nim stała. Oczywiście jako dziecko natychmiast rozpoczęłam poszukiwania „skarbów” w tej zapadłej szopce.

I znalazłam tam mój własny skarb, piękną, dużą, szarą kotkę! Dobrze, powiem prawdę, nie od samego początku była moja… 
W pierwszych dniach naszego mieszkania była wystraszona i nieufna, dopiero po kilku tygodniach przyzwyczaiła się, że jesteśmy, że jest dla niej miska mleka i druga miseczka z czymś bardziej pożywnym, i że pies, który pojawił się z nami wcale ale to wcale nie ma ochoty jej przegonić. Muszę przyznać, że od moich najmłodszych lat kocham koty, a to moje "znalezisko" ucieszyło mnie niezmiernie! 
Moja cudna kotka dostała imię, nazwałam ją Szarusią, tak od koloru sierści. Cudne i wesołe były lata spędzone z nią na zabawach tak zwariowanych jak np. uczenie kota czytania pod kołdrą przy latarce :) Tak, tak, i takie szalone pomysły miałam, a upodobanie do rzeczy trudnych wręcz czasem niemożliwych pozostało mi do dziś :)

Ale wracając do mojej Szarusi, chciałam się z Wami podzielić jednym zdarzeniem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie, stało się coś co świadczy o ogromnym przywiązaniu, zaufaniu i zrozumieniu jakie nawiązało się pomiędzy kotką a 9-letnią wtedy dziewczynką.

Było lipcowe ciepłe popołudnie, leżałam sobie w ogrodzie pod jabłonką i cieszyłam się jak tylko umie się cieszyć dniem dziewięcioletni dzieciak. Moja Szarusia była w mocno już zaawansowanej ciąży. Niestety co do terminu porodu to i ja i moja mama nie miałyśmy zielonego pojęcia kiedy to może nastąpić. Szaruśka przyszła do mnie tego dnia i delikatnie położyła się obok mojego boku. Wtuliła główkę pomiędzy mój bok a rękę i myślałam, że zasnęła.  Po jakimś czasie (który trudno mi dziś ocenić, może to było 15 minut a może godzina…) poczułam przy brzuchu coś mokrego, jakby też ślizgiego… 

Obróciłam głowę w kierunku kotki i poczułam, że moje oczy robią się coraz większe i tak jakby chciały wypaść na zewnątrz! W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje, co to za mała mora myszka leży obok mnie! Dopiero po chwili zobaczyłam, że następna taka sama myszka wychodzi spod ogona mojej kotki! 

Pamiętam to uczucie do dziś, kiedy mój dziecięcy rozum pojął, że to małe kotki, i że moja kochana kocia przyjaciółka zdecydowała się urodzić je przy mnie! To było coś co nie zdarza się na co dzień! Dorośli wokół mnie powtarzali zawsze, że koty chowają się podczas porodu a swoje małe pokazują ludziom dopiero po kilku dniach. Byłam niesamowicie dumną i prawdziwą kocią mamą! Tak, mogę powiedzieć, że towarzyszyłam z woli kotki przy porodzie jej czterech kociątek.

Dziś nie tylko jestem dumna ale też rozumiem, że kotka zdecydowała się na taki gest wobec mnie, ponieważ miała zaufanie do ludzkiego dziecka i była przekonana, że nic złego nie stanie się ani jej, ani jej dzieciom. Dlatego pozwoliła mi zostać prawdziwą kocią mamą.   




piątek, 1 sierpnia 2014

Piszemy wspólnie książkę?

Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć czy to dobry pomysł i dopóki Was nie spytam to nie będę wiedziała czy ten pomysł ma szansę rozkwitnąć i wydać owoce.

A owocem ma być książka o zwierzętach i ludziach, o przyjaźni ich łączącej, o przypadkach kiedy ukochany zwierzak okazywała całą swoją naturalną mądrość, kiedy działo się coś niezwyczajnego….
Po ostatnim poście otrzymałam widomość od dziewczyny, która chciała się podzielić swoją historią, a właściwie historią swoją i swojej kotki. I to właśnie ta wiadomość spowodowała, że zaczęłam myśleć aby pozbierać jak najwięcej opowieści łączących ludzi i zwierzęta, takich, które powodują, że zaczynamy myśleć trochę inaczej o świecie, że przystajemy na chwilkę w pędzie życia, że po prosty wzruszamy się. Taką naszą polską książkę o nas i naszych pupilach.

Czy to dobry pomysł? Czy chcesz dołączyć do autorów zupełnie innej opowieści, czy chcesz podzielić się swoimi przeżyciami lub tym co słyszałeś od rodziny lub znajomych? I tymi radosnymi i tymi trochę mniej …

Ja jestem gotowa. Nie wiem jak wydaje się książkę ale to nie jest problem, myślę, że nie jest to tajemna wiedza i można ją w odpowiednim czasie zdobyć. To co jest ważne na dziś i bez czego nie da się rozpocząć tego projektu to Wasze opowieści.


Piszemy wspólnie historię ludzi i zwierząt?


Pierwsze dwie znajdziecie TU i TU


Pozdrawiam serdecznie

Sylwia


PS. Można się ze mną skontaktować przez bloga lub e-maila: loonapl2013@gmail.com