czwartek, 29 maja 2014

Miłość od pierwszego wejrzenia..

Dziś historia o miłości, czystej i niczego nie wymagającej. 
Historia, której celem jest dodanie otuchy. 


Gdzieś w Polsce wschodniej, w małej wiosce, daleko od szosy mieszkał pewien mężczyzna. Samotny, schorowany, niewidomy 70-latek.
Rysiek mieszkał od czterech lat zupełnie sam. Właśnie przed czterema laty jego siostra zabrała do siebie ich matkę, starszą chorą na alzheimera panią. Niestety dwa lata temu starsza Pani zmarła. Jeszcze przed śmiercią ich Marki siostra Ryśka prosiła, próbowała namówić, aby ten przeprowadził się do niej – do małego miasteczka oddalonego od rodzinnej wsi – z której notabene nigdy do tej pory nie wyjeżdżał – o około 400 kilometrów. A Rysiek nie chciał. Nie chciał z różnych powodów, bo czuł się dobrze, kiedy sam był sobie okrętem i sterem, bo bał się nowych, nieznanych sytuacji. I ten strach przeważał przez cztery lata. Czego tak naprawdę się bał? Bo to na wsiach wbrew powszechnie panującej opinii starych ludzi często nie traktuje się dobrze. Bo stary to tylko już przeszkadza i trzeba się nim zająć, ponieważ często ciało odmawia posłuszeństwa i i umysł przestaje pracować, bo lekarstwa kosztują i … wiele, wiele innych powodów.
           

Rysiek jednak wyjechał, nie zdecydował sam, pomogła mu w tym choroba, szpital i potrzeba wykonania operacji. Chyba trochę się wystraszył tego, że nie podoła już sytuacji, że sił ma coraz mniej i nie uniesie już sam swojego krzyża. Tak, więc nasz staruszek całkiem odważnie zdecydował się wyjechać i rozpocząć życie od nowa. Ciężko mu było zostawić mury, które kochał, rzeczy, do których się przywiązał, kamienie, po których stąpał … Miał jednak jedno małe życzenie, chciała w nowe miejsce zabrać małą psinkę, bo łatwiej, bo radośniej i maleństwo do niego przywiązane przez 8 lat wspólnego życia.


I życzenie się spełniło, jego rodzina, która przyjechała po niego, zobaczyła stojącego przed progiem chaty staruszka, trzymającego w jednej ręce plastikową torbę z lekarstwami i białą laskę a w drugiej ręce sznurek, na którego końcu była wystraszona malutka suczka rasy mieszanej z krawatem zamiast obroży (okazało się, że obroża jest gdzieś, ale nie wiadomo gdzie. Więc stary krawat z specjalnym supłem, który nie dusi najlepiej posłużył zamiast obroży).


Przygnębiający obraz i to podwójnie.


Oczywiście psinka pojechała z Rysiem. Nie mogło być inaczej, nie można człowiekowi zabrać bliskiej istoty, czy jest to drugi człowiek czy zwierzę. Przywiązanie i miłość do zwierzęcia jest inna niż do drugiej osoby, ale to nie znaczy, że gorsza, że nie zasługuje na uznanie i respektowanie.
I tak to stało, w majowy sobotni wieczór Rysiek trzęsąc się ze strachu razem ze swoim pieskiem – również wystraszonym – stanął pod drzwiami domu swojej siostry. A i siostra była lekko zdenerwowana, bo i dla niej to zupełnie nowa sytuacja, nowy członek rodziny, potrzebujący opieki trochę jak dziecko. Spytacie jaka reakcja na psa? Jak najbardziej pozytywna, widząc małą – może ważącą z razem siecią pięć kilo suczkę – zaskoczenia, ale i radości był dużo. A najbardziej cieszył się na widok pieska mieszkający w tym domu 5-letni wnuczek siostry Ryśka. Czy istniej obustronna miłość od pierwszego spojrzenia – w tym przypadku zdecydowanie tak!

Niestety nie wszyscy byli jednak zadowoleni, jeden z sąsiadów zaczął zwracać "przez płot” uwagę, że pies szczeka, że to przeszkadza i kto to widział mieć psa (..jak się mieszka w domu i ma kawałek ogródka to rzeczywiście dziwne aby być właścicielem psa..…). 
Uwagi stawały się coraz częstsze i coraz ostrzejsze. A starsi państwo nie wiedzieli jak zareagować i … trochę się bali, że coś może się stać pieskowi. 

I wiecie co stało się pewnego popołudnia? To dziwne połączenie dziecko-pies obroniło się przed kolejnymi nieprzyjemnościami ze strony sąsiada. 
Kiedy to zza płota znów dobiegły narzekania i dziwne uwagi chłopczyk objął małą rączką swojego nowego przyjaciela i zwrócił się po dziecięcemu do człowieka zza płotu: „proszę pana, ten piesek jest mój i bardzo go kocham, proszę popatrzeć jakie ma ładne i dobre oczy, on panu nic złego nie zrobi, niech się pan nie boi” … i mężczyzna spojrzał w szczere oczy dziecka, coś powiedział, chyba raczej do siebie i odwracając się odszedł do swojego domu. I do dnia dzisiejszego nie podszedł do płotu aby cokolwiek powiedzieć…


Bo miłość to siła, która jest zdolna przekształcić wroga w przyjaciela.



środa, 21 maja 2014

Miejsce Wspomnień…

Dziś troszkę więcej o tym co przygotowuję…  

Witalny Portal Pamięci to  miejsce, które powstaje z potrzeby i chęci zatrzymania wspomnień o tych, którzy odeszli w ostatnią podróż, podróż do wieczności… 

Projekt Portalu powstał w marcu 2013 roku. Początkowo miał to być wirtualny cmentarz z podziałem na wirtualny cmentarz z pomnikami dla zmarłych osób i wirtualny cmentarz dla zwierząt. W trakcie tworzenia projektu okazało się, że wiele osób potrzebuje i oczekuje czegoś więcej jak tylko strony z możliwością stworzenia nagrobka. Dlatego też to miejsce będzie nie tylko graficznym przedstawienie pomnika ale będzie można tu również spisać historię życia, najważniejszych wydarzeń, rocznic, założyć księgę pamiątkową , umieścić fotografie. Znajdziecie tu również możliwość zastosowania pewnej formy terapii polecanej jako sposób na pierwszy okres żałoby. „Prywatne listy” zostały stworzone po to aby móc przekazać swoje emocje. Można to miejsce potraktować jak „pocztę do nieba”, jak sposób na radzenie sobie z nową sytuacją.

Zastosowana forma pamięci nie ma na celu zastąpienia nagrobka na cmentarzu lecz stworzenie „kopii zapasowej” pamięci o zmarłych w wirtualnym świecie.

Wirtualny Cmentarz będzie składał się z dwóch części, właściwego „głównego” wejścia, gdzie każdy można będzie stworzyć nagrobek z dostępnych, niedawno przygotowanych grafik. Druga cześć będzie nazywać się Dębowa Aleja i tu będą się znajdować nagrobki specjalne czyli dedykowane dla tych, którzy chcą stworzyć niepowtarzalny, dedykowany nagrobek. Chcę dziś zaprezentować jeden z specjalnie stworzonych pomników, dedykowany pamięci ofiarom wojen domowych w Afryce (jeszcze wersja robocza). 




Wielu z nas ma potrzebę zachowania historii, a historia to splątane losy pojedynczych osób. Zatrzymajmy opowieść o ludziach, którzy żyli, budując w ten sposób pamięć o tych, którzy odeszli.





środa, 14 maja 2014

Listy do Piotra ...

Dziś za pozwoleniem autorki publikuję wstęp "Listów do Piotra" z nadzieją, że ktoś z Was może skorzysta z mądrości w nich zawartej, zwłaszcza w ostatnich dwóch akapitach.

Bo często z to trudne zostajemy sami i sami niesiemy sobie pomoc...

(wyjaśnienie znajduje się w poście "Psycholog potrzebny!")


Listy do Piotra - Wstęp

Listy do Piotra, mojego męża zaczęłam pisać  po jego śmierci.
Małżeństwem byliśmy zaledwie 7 miesięcy, natomiast  razem ze sobą w związku nieformalnym  ponad 8 lat . W momencie , gdy zamieszkaliśmy razem, w domu, który Piotr wybudował dla nas i kiedy wszystko miało się właśnie poukładać, mieliśmy rozpocząć wspólne, cudowne i szczęśliwe życie okazało się, że on jest chory. Diagnoza była okrutna : czerniak złośliwy. Rokowania : 12 miesięcy życia.

Nasze wspólne pierwsze i  ostatnie 15 miesięcy życia żyliśmy tak naprawdę w trójkę: Piotr, jego choroba i ja.

Walczyliśmy bardzo mocno pełni nadziei, optymizmu i  wiary, że będzie dobrze.
Pod koniec roku 2009 jego stan zdrowia pogorszył się bardzo. Święta Bożego Narodzenia były jak zawsze uroczyste, rodzinne, ale przysłonięte niedomaganiami Piotra.                                                                                                                                                                                                                                                                                                 
W styczniu 2010 zdiagnozowano nieoperacyjne przerzuty w mózgu , a w lutym przerzuty pojawiły się w całym organizmie, w marcu Piotr odszedł.

Dlaczego zaczęłam pisać?

W okresie dla nas wszystkich najtrudniejszym, zaraz po odejściu bliskiej osoby, gdy zmagamy się z ekstremalnymi emocjami, z bólem , z cierpieniem, w okresie, kiedy pozostajemy sami, opuszczeni , potrzebujemy tak bardzo wsparcia, którego nikt nie potrafi nam dać, potrzebujemy, czegokolwiek, aby przetrwać.  Potrzebujemy deski ratunku, której możemy się chwycić i poczuć, że przynajmniej utrzymujemy się na powierzchni. Nie łudźmy się, że ktoś nas zrozumie, będzie z nami, poczuje te emocje, którymi jesteśmy przepełnieni . Za jakiś czas będziemy męczyć innych swoim widokiem i naszym bólem. Każdy jest zajęty swoimi sprawami, każdy ocenia drugiego człowieka poprzez pryzmat własnych wyobrażeń, przekonań oraz poprzez swój stan emocjonalny, w którym się znajduje.  Nie odnajdziemy wspólnoty emocjonalnej z drugim człowiekiem, nikt nie poczuje naszych emocji i nikt nie jest w stanie dać nam takiego wsparcia jakiego potrzebujemy.

Dla mnie deską ratunku, wsparcia i samopomocy stały się listy, które traktuję jak rozmowę z Piotrem. Opowiadam co się dzieje, co w pracy, co w domu, jak sobie radzę, wspominam, mam poczucie, że  wspominamy razem , mam poczucie, że jestem słuchana i rozumiana.
Jest to mój sposób na radzenie sobie z opuszczeniem, samotnością. Polecam go jako jedną z metod terapeutycznych na pierwszy okres żałoby.

Rozpoczynając pisanie listów niczego nie zakładałam: nie wiedziałam jak długo będę pisać,
nie wiedziałam ile listów powstanie , zaufałam  swojej intuicji i liczyłam na to, że przyjdzie taki moment, kiedy poczuję, że wystarczy, że to ostatni list, że dłużej nie chcę i nie potrzebuję pisania.
W moich  listach pojawia się wiele różnych emocji, wyrażam je w sposób naturalny dla mnie, tak jak czuję , wyrzucam je z siebie, oczyszczam się z nich.
Do tego dochodzi  codzienna, mozolna walka, próba odzyskania radości , próba zrozumienia tego co się stało i pozamykania otwartych tematów.  
Ciężka praca  nad sobą z wykorzystaniem afirmacji i wizualizacji.          


Musimy tez uświadomić sobie fakt, że zawsze mamy wybór:  użalać się nad sobą czy stanąć na nogi. Z reguły wybieramy łatwiejszą drogę : użalamy się i pozostajemy w tym stanie długo , za długo, nierzadko doprowadzamy nasz organizm do stanu chorobowego. Wtedy jesteśmy już w ślepej uliczce. Potrzebna będzie nam bowiem pomoc  farmakologiczna.                                       

Dlatego zachęcam :
Odnajdźmy w sobie siłę, bo źródło energii i życia jest w nas . Dajmy sobie szansę na odkrycie ich, na zdefiniowanie problemów, na wyciągnięcie wniosków na przyszłość, na zrozumienie dlaczego życie nas doświadcza i  czego mamy się nauczyć.
Jedno jest pewne : Nikt nie zrobi tego za nas. I jedno jest pewne : bez tego nie mamy szans na nowe życie.


Czy chcemy tego czy nie , życie toczy się dalej. 







czwartek, 8 maja 2014

Ćwicz jak zwierzęta!

Czyli o tym jak pomóc sobie w traumie i stresie.

O zaletach ćwiczeń fizycznych wszelkiego rodzaju napisano już wiele. I ja dziś chciałam coś napisać o ćwiczeniach ale takich specjalnych, stosowanych przez plemiona, których nie dotknęła nasza cywilizacja i również zaczerpniętych ze świata zwierzęcego.

Dzielę się dziś własną wiedzą stosowaną na podstawie wiedzy wyczytanej z książek. Nie jestem psychologiem ani też fizykoterapeutą i naprawdę nie uważam, że ćwiczenia mogą zastąpić w trudnych sytuacjach życiowych pracę z psychologiem czy specjalistą. Jestem jednak pewna, że ćwiczenia doskonale wspomagają procesy lecznicze i pomagają „wydobyć” siebie samego z czarnej otchłani traumy.

Co to jest trauma? To tak naprawdę silny uraz psychiczny, którego doznajemy jako ofiary przemocy fizycznej, wypadku, katastrof naturalnych, będąc świadkiem przemocy, poprzez ciężkie choroby, utratę bliskiej osoby. Osoby dotknięte traumą odczuwają silne lęki, skrajne uczucia, dziwne napięcia, cierpią na koszmary nocne i różne inne rodzaje dolegliwości, tak wiele jak wiele jest osób dotkniętych traumą. 
Niestety często objawy są ignorowane przez nas samych co nie wpływa pozytywnie na nasze zdrowie.

W książkach o których chcę wam powiedzieć znalazłam trochę inne, dopełniające podejście do tematu traumy. David Berceli w „Zaufaj ciału” i Peter A. Levine w „Obudźcie tygrysa” mówią, że źródła traumy można odnaleźć w naszej fizjologii, a sposobu na uzdrowienie powinniśmy szukać  nie tylko w naszym umyśle ale i w ciele. Uzdrawianie tej choroby może odbywać się również przez naturalne procesy, które każdy z nas ma zapisane w wewnętrznej świadomości ciała. Wystarczy wspomóc je ćwiczeniami, które zostały stworzone na bazie obserwacji ludzi niecywilizowanych i zwierząt, są połączeniem jogi, tai-chi, medytacji i innych ćwiczeń fizycznych.

Gdzieś pośród zielonej trawy pasła się antylopa, spokojnie i z radością przeżuwając swój pokarm. Nagle poczuła coś w powietrzu, to coś zapach skradającego się tygrysa, na chwilę zamarła i nagle zerwała się do biegu. Biegnie najszybciej jak potrafi, nie myśląc o niczym innym, w pełni koncentrując się na ratowaniu życia, ucieka przez tygrysem, diabelnie szybkim drapieżnikiem, który upatrzył ją sobie za ofiarę. To bieg po życie. 
Naszej antylopie udało się uciec i ukryć w lesie, gdzieś w gęstych zaroślach.  Jak myślicie co teraz zrobi? Gdyby była z naszej ludzkiej cywilizacji natychmiast poszukałaby innych antylop i opowiedziała o swojej mężnej postawie, dodała kila szczegółów jak z „Szklanej pułapki” i… może nawet kiedyś stałaby się bohaterem książki lub filmu. I to jeszcze nie byłoby takie najgorsze, bo najgorsze jest to, że większość będzie próbować zapomnieć, udawać, że nic się nie stało, nigdy nie podzieli się z nikim swoimi przeżyciami - zamrozi się emocjonalnie... 
A co tak naprawdę robią zwierzęta? Nasza antylopa kiedy będzie już zupełnie pewna, że nic jej nie grozi zacznie się trząść, tak to właśnie ruchy mięśni pozwolą jej wyrzucić z ciała całą nagromadzona negatywną energię. Będzie to robić tak długo jak potrzebuje, godzinę, dwie a może nawet sześć. A potem wróci do swojego stada, na zieloną łąkę i znów będzie mogła spokojnie i radośnie skubać trawę….


… a my najczęściej udajemy, że nic się nie stało, uczymy się „znieruchomienia” ciała i emocji…



PS. Raz jeszcze przypomnę – nie jestem psychologiem ale staram się nie zapominać, że ludzie są również częścią Matki Natury. 




sobota, 3 maja 2014

Psycholog potrzebny!

Loona, portal który tworzę tak naprawdę ma wiele zadań. Jednym z nich jest pomoc w przejściu trudnego czasu po odejściu bliskiej osoby. Ponieważ żałoba to taki okres w życiu, kiedy stykamy się z śmiercią, kiedy zdajemy sobie sprawę z kruchości życia. Ale to właśnie żałoba wzmacnia nas, kształtuje nasz charakter, a dobrze przeżyta powoduje przewartościowanie swojego życia, zatrzymanie się i dostrzeżenie jego dobrych stron.

Dlatego zaplanowałam dział, który nazwałam porady, gdzie chcę aby znalazły się ciekawe artykuły tematyczne, odsyłacze do wartościowych książek, wypowiedzi psychologa. 
I to właśnie psychologa poszukiwałam od pewnego czasu.  Kogoś kto oprócz przygotowania zawodowego (które jest niezbędne) będzie też rozumiał delikatność tematu.  

I znalazłam…  można by powiedzieć trochę przypadkiem. Opowiedziałam mojej znajomej Pani Psycholog o projekcie, co chcę osiągnąć, jakie mam plany i jakie mam trudności. Przy tym po pierwsze; zapomniałam, że ta osoba jest psychologiem, po drugie; przyjęłam założenie, że przy jej czasochłonnej pracy nie będę „obciążać” jej dodatkowymi sprawami więc nawet nie spytałam czy zechciałaby coś napisać dla mnie.  
I na szczęście to Ona spytała czy będzie mogła opublikować swoje listy do męża …

„Listy do Piotra” to zbiór prawdziwych uczuć pisanych już po śmierci męża, są rodzajem oczyszczenia, odbycia swoistej żałoby, zmagań z akceptacją nowej rzeczywistością, wspomnieniami wspólnego życia, nauką od nowa jak kochać życie…

Jestem niezmiernie szczęśliwa, że „zbiegi zdarzeń” ułożyły taki scenariusz i że portal wzbogaci się  o wartościowe i niosące pomoc artykuły. 

czwartek, 1 maja 2014

Dlaczego?

Wiele osób, z którymi się spotykam i opowiadam o moim projekcie najczęściej są zaskoczone samym pomysłem i zawsze pytają o powody jakie mną kierują.

I zawsze odpowiadam - istnieją trzy:

Altruistyczny – ponieważ mam potrzebę robienia czegoś dobrego dla innych, czegoś co może pomóc w trudnych chwilach i tak też traktuję ten projekt, jako miejsce dla pozostawienia swoich uczuć.

Terapeutyczny – to miejsce to trochę jak zapomniany przystanek w podróży, na którym zawsze można się zatrzymać aby potrzeć na rozpędzone życie trochę z boku.

Prywatny – ponieważ jest to sprawdzenie samej siebie, czy potrafię dążyć do swoich celów tworząc przy tym coś ciekawego i pożytecznego, coś co zwyczajnie może komuś pomóc, choćby tylko i aż jednej osobie. 

I wszystkie są tak samo ważne.